.

.

7/07/2015

IX Czar zapomnienia & epilog

“Today I will tell you a story about a man drowned
in the cold waters of the ocean.
After the loss of his loved ones.
This story is about a man who died twice.”
~ Woodkid



- Sasuke, nic nie widzę!
- I na tym polega cała magia - szepczesz do mojego ucha, a ja pełna strachu przełykam ślinę, błądząc w ciemności.
Założyłeś mi na oczy opaskę, po co? Czemu? Znowu chcesz mnie sprawdzać?
- Dlaczego to robisz? - pytam, ale ochota na dalsze słowa znika, gdy czuję twoje chłodne usta na szyi. Wzdrygam się, lecz staram nie ruszać. Chcę znać odpowiedź. Nie mogę znowu dać ci się omamić.
- Co dokładnie?
Twoje usta nadal znaczą moją skórę. Powoli, delikatnie, prawie czule, bo ty nigdy nie jesteś czuły. Zawsze masz w sobie coś ze skurwysyna. Chyba właśnie przez to nie mogę od ciebie odejść.
A co, jeśli to ty nie możesz odejść ode mnie?
- Testujesz mnie.
A co, jeśli? Sasuke, co jeśli rzeczywiście mnie potrzebujesz i dlatego, wciąż trzymasz mnie przy sobie? Staram się nie brać tej opcji pod uwagę, ale to tak cholernie korci… tak samo, jak twoje dłonie na mojej talii - błądzą, i ja też błądzę. Między tobą, a sobą, bo nie ma żadnych nas.
- Chcę wiedzieć, ile jesteś w stanie poświęcić.
Odchylam delikatnie głowę, gdy twoje włosy łaskoczą moją skórę. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jestem tylko jedną z wielu, że w czasie, gdy nie ma mnie obok ciebie, ty okłamujesz inną tak, jak okłamujesz teraz mnie, bo robisz to. Na pewno.
Trzymasz mnie przy sobie dla jakiegoś zysku, bo kochać przecież nie umiesz.
- Sasuke, potrzebuję, żebyś coś mi powiedział - mruczę, ledwo skupiając się na własnych myślach.
Jego palce zahaczają o szlufki moich spodni, chwiejąc koncentrację.
- Powiedzieć to, co chcę, czy to co chcesz usłyszeć?
Uśmiecham się lekko, cynicznie. Znasz mnie. Wiesz, że wolę być okłamywana, niż obarczona fatalną prawdą. Ze świadomością, że jestem potrzebna byłoby mi łatwiej, a ty o tym wiesz. I utwierdzasz mnie w mylnym przekonaniu, bawisz się. Jak głupia ćma podlatuję do twojego ognia i parzę się za każdym razem, ale zawsze wracam.
- To, co chcę usłyszeć - szepczę cicho, nadal pozbawiona wzroku. Potrafię tylko słyszeć i czuć, a słyszę i czuję tylko ciebie.
Tak, jak ja jestem twoim błędem, tak ty jesteś moją słabością.
Nic nie mówisz. Odwracasz mnie jedynie przodem do siebie. Wiem to, bo opieram dłonie o twój tors. Dotykam każdej z blizn po kolei, znam je już na pamięć. Kiedyś się przed tym wzbraniałeś, nie pozwalałeś, ale byłam konsekwentna w dążeniu do celu. Pragnęłam ciebie w całości. Byłam tak naiwna, że swego czasu nawet w to uwierzyłam. Dopiero po czasie zdałam sobie sprawę, że to niemożliwe, że ciebie nie da się ujarzmić. Jesteś na to zbyt dumny i zawsze o krok przede mną.
- Jak błąd może cieszyć? - pytasz. Wzdycham cicho, unosząc dłoń na wysokość twojej twarzy. Dotykam podbródka, policzka. W końcu lekko muskam wargę. Bierzesz mój palec do ust i ssiesz chwilę, a ja wyobrażam sobie, jak w tym momencie wyglądasz. Czuję, że zaraz pęknę i zedrę opaskę.
- Czasami i błędy mają swoje profity - szepczę, stając na palcach. Drażnię twoje usta oddechem. Słyszę, jak warczysz cicho, ale mimo to minimalnie odsuwam się, znów staję na całych stopach.
- Nawet te największe?
- Nawet.
- Jak?
Drżę. Dobrze, że mnie trzymasz, bo bez twojej pomocy ciężko byłoby mi ustać na nogach. Nie wiem, czemu tak na ciebie reaguję. Nawet mnie nie pocałowałeś, twoje słowa nie powinny wzniecić we mnie nic prócz zastanowienia. A wzbudziły pożar.
- Miłość nie ma wytłumaczenia, Sasuke.
Spinasz się, lecz ja się nie cofam. Chcę to z ciebie wydusić, jestem, do cholery, samolubna, chcę to usłyszeć.
- Nie potrafię kochać.
- Dla mnie to właśnie jest miłość - odpowiadam, a ty prychasz cicho.
W zaciemnionym pokoju nagle robi się przeraźliwie zimno.
- Pieprzenie się co jakiś czas po kryjomu nazywasz miłością?
Zrywam opaskę i patrzę na twoje oschłe oblicze. Nie dowierzam, chyba częściowo umieram.
Odwracasz się, podchodzisz do drzwi. Przed wyjściem rzucasz przez ramię krótkie:
- Oblałaś.


***


Obudził się nagle. Wyrwany ze snu usiadł szybko. Gdy nie zobaczył ani Fatmy ani Silandera, potrząsnął głową, a gdy zorientował się, że i Sakury nie było w śpiworze, w jego głowie zapanował katastrofalny mętlik. Nic nie rozumiał, nie miał poję…
- Cześć, skarbie.
Zaskoczony uniósł oczy na Haruno, która uśmiechnięta z kilkoma jeżynami w dłoni wyszła zza drzew, kierując się ku niemu.
- Już wstałeś?
Dziewczyna w wyjątkowo dobrym humorze nachyliła się nad Kakashim i pocałowała go mocno, bez oporów się na nim kładąc. Poczuł smak leśnych owoców oraz lekki ciężar Sakury na sobie. Przyciągnęła go do siebie, ale niespodziewanie jednak odsunęła się. Sturlała się i położyła obok, wtulając w jego ramię.
- Piękny dzień, nie uważasz? - spytała, śmiejąc się głośno.
- Gdzie jest Fatma i Silander?
- Kto? - Spojrzała na niego z ukosa i zmarszczyła brwi.
Dopiero teraz zauważył, że jej skroni nie przecinała rana, blizna, choćby zadrapanie.
Nic nie rozumiał.
- A nic, coś mi się pomyliło - odparł, starając się rozluźnić.
Sakura przeciągnęła się zadowolona.
- Ahh, ta misja w końcu będzie moją ostatnią - westchnęła, wtulając się w tors mężczyzny, który już nic nie rozumiał. Miał wrażenie, że ominęło go coś bardzo ważnego.
- Dlaczego ostatnią?
- Gadaliśmy o tym już wczoraj - burknęła zła. - Choć i tak nie powiedziałam ci wszystkiego.
- Więc zrób to teraz - powiedział odrobinę za szybko. Haruno jednak nie wyłapała jego wpadki, bo uniosła wzrok ku niebu i przymknęła powieki.
Leżała chwilę w ciszy, zagłębiając w się w mroczne zakamarki własnej siebie, gdy Hatake z tych zakamarków wychodził, bo dopiero co obudzony był lekko niemrawy i niegotowy na jakieś głębokie rozmowy. Miał jednak wrażenie, że czekała go jedna z nich, przez co musiał się chociaż skupić.
- W końcu zabijemy Sasuke i wszystko będzie dobrze.
Kakashi zdębiał.
- O czym ty mówisz?
- Przecież po to wyruszyliśmy we dwójkę, prawda? - syknęła, unosząc się na łokciach. - Ta cała Kaiva była tylko przykrywką, pretekstem. Rozmawialiśmy o tym już wczoraj. Zrobiłeś dokładnie tak samo idiotyczną minę.
Jounin zdecydowanie nie wiedział, co zrobić. Przy nim nie było choćby najmniejszego śladu po pobycie Fatmy i Silandera, skroń Sakury nie miała nawet najmniejszego znamienia, a do tego ona sama wydawała się być pewna, co mówi.
- Racja, kochanie. Zapomniałem.
Przyciągnął ją lekko do siebie i ucałował w tę skroń, która jeszcze wczoraj krwawiła, zapowiadając fatalny koniec przybliżony mu nieco przez rodzeństwo Verlayan. A to… wyparowało.
- No, nareszcie mówisz od rzeczy.
Sakura uspokoiła się i znów przylgnęła do niego, szukając przyjemnego oparcia.
Kakashi kalkulował wszystko w głowie. To już kolejny raz, gdy coś się nie zgadza. Haruno nigdy, przenigdy nie chciałaby zabić Sasuke. Do tego przyznała się przecież, że widuje się z nim co jakiś czas, a sam fakt jej miłości względem niego również potwierdziła. Jednak brak rozcięcia bardzo go zastanawiał. Brak Fatmy i Silandera bardzo go zastanawiał. A ona wciąż beztrosko wtulała się w jego ramię.
Kto fiksował?
On, czy ona?
- Słuchaj, mogłabyś poszukać wody? Musimy uzupełnić zapasy - mruknął, delikatnie gładząc jej ramię. Musiał udawać, że wszystko było jak należy. Jeśli traktowała go jak swojego partnera, nie miał zamiaru jej z tego błędu, przynajmniej na razie, wyprowadzać.
- Jasne, wrócę niedługo.
Sakura zniknęła, a on zaczął analizować.
Odetchnął wyraźnie, mając dowód, że Fatma i jej brat nie byli wytworami jego wyobraźni. Spali przecież w śpiworze, a wszystkie swoje bagaże stracili podczas tej dziwnej akcji na łące. Ta świadomość wyraźnie uspokoiła jounina, dzięki czemu rozluźniony usiadł, opierając się o drzewo.
- Och, skarbie. Będziesz mi dziękować.
Nadal nie wiedział, czemu mówiła do niego: skarbie. Do niczego między nimi nie doszło, nic czego by nie pamiętał, a pamiętał wszystko doskonale. Był to dowód, że naprawdę dostała kamieniem w głowę. Innego wytłumaczenia nie było.
Odwrócił się i przełknął ślinę, widząc, jak dziewczyna niesie dwa plecaki. Ich plecaki.
- Świetny pomysł miałeś, żeby to wszystko rozwiesić, wiesz? - rzuciła, odkładając tobołki. Poprawiła kucyka, stając do niego przodem. - Jak wpadły nam do rzeki, to byłam pewna, że już po nich. - Uśmiechnęła się promiennie, podchodząc bliżej. - Dobrze, że cię mam. - Cmoknęła go w policzek i wróciła na wcześniejsze miejsce.
- Wpadły do rzeki?
Mężczyzna dla picu kazał jej szukać wody. Wiedział, że niedługo dojdą do przełęczy, a tam doskonale wiedział, gdzie szukać płynów. Bywał tu kiedyś, lecz nie kojarzył żadnej rzeki.
- Czy ty się dobrze czujesz? - mruknęła, patrząc na niego dziwnie. - Przecież wczoraj o mało się nie utopiliśmy.
Gdyby Kakashi miał się czym zakrztusić, z pewnością zrobiłby to.
- Jak Przełęcz Shi zalała się wodą, musieliśmy jakoś się przeprawić, nie? - Zarzuciła plecak na ramiona. - Poślizgnąłeś się i wpadłeś, ciągnąc mnie za sobą. W efekcie nas chociaż uratowałeś. Dlatego nie mam ci tego za złe.
Hatake siedział otępiały, pamiętając zupełnie inną wersję wydarzeń.
- Jak twoja głowa? Nie boli już?
Uniósł na nią zdziwiony wzrok, a ona przewróciła oczami.
- Na karku - dodała. Uniósł dłoń we wskazane miejsce. Czując pod palcami ranę, o mało nie zemdlał. - W  nocy strasznie się wierciłeś. Zrzuciłam to na karb szoku pourazowego.
- Musimy iść - wychrypiał i wstał. Podała mu podkoszulek, który on od razu założył. - Pokaż mi tę rzekę.
Zabrał plecak i ruszył do marszu. Szedł za dziewczyną, nie wiedząc, co myśleć. To on był skaleczony, nie ona. To ona przekonywała go do swojej wersji wydarzeń, nie na odwrót. I to on przeżegnał się, gdy przed oczami ujrzał szeroką i głęboką rzekę, dawniej przełęcz, która zalana wodą wyglądała jak długie jezioro.
- Dobrze więc, że mamy to za sobą.
Ninkeny. Ninkeny były jego ostatnią deską ratunku. Przywołał je natychmiast, a na widok Pakunna, odetchnął cicho.
- Co robiliście tu wczoraj? - spytał szybko. Widząc zdziwienie na psim pysku o mało nie jęknął. Gubił się.
- No po tej twojej kąpieli Kakashi, to powiem ci, że nie za wiele.
- Kąpieli…
- Ciesz się, że umiesz pływać. Inaczej byłoby z tobą kiepsko.
Pakkun psiknął i zamknął oczy wyraźnie znudzony.
- M-możesz odejść - powiedział jego pan, który już totalnie zatracił wiarę w rzeczywistość. Bo przecież nie było żadnej rzeki, żadnego pływania, topienia, rany na karku. To wszystko nie było tak.
Pies zniknął, a Sakura ruszyła marszem przed siebie, nawet nie obarczając go zbędnym spojrzeniem. Poszedł za nią, starając się nie zwariować. Mieli misję, mieli plan. Mieli zniszczyć Kaivę. Haruno szukała mordercy matki, choć miała go pod nosem, on szukał samej matki, która odeszła przed laty. Tsunade wysłała ich do Wioski Deszczu, żeby sprawdzili trop. Taka była prawda, musiał trzymać się tej wersji.
Długo szli. Kakashi plątał się we własnych myślach, był głodny i spragniony. Towarzystwo dziewczyny napawało go niepewnością, bo nadal czuł się, jakby żył obok tego, co pamięta, w jakimś krzywym zwierciadle, gdzie Haruno Sakura nienawidzi Uchihy Sasuke. To jak zamiana czerni i bieli miejscami.
- Sakura - odezwał się w końcu, chcąc zamknąć dziewczynę w jakieś określone szranki, bo chwilowo nie wiedział na czym stoi.
- Tak? - Spojrzała na niego przez ramię.
- Przecież teraz, gdy Sasuke odszedł, nie m…
- Odszedł, ale musi zapłacić za wszystko - przerwała mu z zaciętą miną.
Wyrównał z nią krok.
- Jest silny, ale damy mu radę - powiedziała, wpatrując się tępym wzrokiem przed siebie. Przygryzła dolną wargę, co on odebrał za chwilę słabości.
- Nie stanę z nim do walki.
Miał się z nią zgadzać, miał jej przytakiwać. Ale co, jeśli rzeczywiście jakimś cudem spotkają Uchihę? Co wtedy? Będzie musiał ją powstrzymać.
- Ale jak to? Przecież się umawialiśmy!
Smutek na jej twarzy wydawał się być autentyczny. Smutek, trochę rozczarowania i furia.
- Na nic się z tobą nie umawiałem.
- Po to wyruszyliśmy na tę misję!
- Wyruszyliśmy na tę misję, żeby znaleźć mordercę twojej matki.
- Moja matka żyje! Sama zaproponowała, żebym w końcu zemściła się na Sasuke!
Czy to już granica absurdu?
- Jeśli nie chcesz mi pomóc, zrobię to sama.
Kakashi przystanął. Ona zatrzymała się kilka sekund później.
- Ten człowiek o mało nie stanął na czele Czwartej Wielkiej Wojny i sam Naruto - twój przyjaciel i hokage, którym będzie na dniach - ledwo dał mu radę, w efekcie tracąc rękę. Nie wciskaj mi tu kitu i nie zachowuj się jak dziecko - syknął, a w jej oczach błysnęła nienawiść.
Z kim on się kłócił?
Przecież to nie była jego Sakura, która w szpitalu zbryzgała jego twarz krwią, która spała przy nim, gdy miotał się na łóżku niezdolny do uspokojenia, która potrafiła sprawić, że już sam nie wiedział czego chciał i czy zagarnięcie dziewczyny dla siebie na własność było dobrym pomysłem. A zastanawiał się, lecz teraz już kompletnie nie wiedział, co robić.
- Z moim życiem zrobił coś o wiele gorszego niż jakakolwiek wojna.
I teraz powinien jej uwierzyć? Wcześniej przyznała się do spotkań z nim, powiedziała, że nadal go kocha. Jakim więc cudem mógł spieprzyć jej życie aż tak, aby mówiła o tym w taki sposób?
- I to jest powód?
- Nie mnie jednej.
Uchiha Sasuke, niedoścignione bożyszcze kobiet, niedoścignione bożyszcze Sakury, która najwyraźniej chciała mieć go na wyłączność, a nie mogąc tego mieć, wolała zabrać go wszystkim, nawet za cenę samej siebie. Kakashi nie kupował tej odsłony Haruno, gardził nią.
Wszystko przemawiało za jej wersją. Fatma, Silander, rana na karku, mokre ciuchy, ich bagaże, Pakkun. On miał tylko siebie i wiarę w to, że nie zwariował.
Słońce zaczęło zachodzić, Ame gakure majaczyło przed nimi. Deszcz spadł niespodziewanie, lecz była to lekka, niegroźna mżawka. Nie miała nic związanego z ulewą która dopiero miała nadejść. Wioska przywitała ich ciszą, małą ilością ludzi na ulicach. Zmrok chował się w każdej, słabo oświetlonej uliczce. Czaił się, aby dopaść swoją ofiarę, ale oni, oboje napędzani specyficzną wściekłością, przegonili zmrok. Samych siebie też, ale przecież nie miało to najmniejszego znaczenia. Nie byli sobą, a ona już z pewnością, Hatake był tego pewien.
- Jak chcesz to zrobić?  
- Szybko i bezboleśnie - odparła, rozglądając się za szyldem jakiegoś hotelu.
- Wiem, że nadal ma status nukeina, ale nie ty powinnaś wymierzyć mu sprawiedliwość.
Przystanął przed wejściem do motelu.
- Pozwól mi zrobić to samej.
Oboje byli jego uczniami, oboje w jakiejś części byli nim. Jak mógł pozwolić, aby jedno z premedytacją zabiło drugie? Kiedyś Sakurze nie przeszłoby to przez myśl. A teraz?
Tylko dlaczego nie miała blizny po uderzeniu?
- Najpierw się prześpijmy - powiedział, wchodząc do budynku.
Skromna recepcja przywitała ich chłodem i skrajnym minimalizmem. Za ladą siedział mężczyzna w średnim wieku przeglądający gazetę w słabej poświacie lampki. Małe pomieszczenie trochę przytłaczało, ale oboje mieli ochotę wykąpać się i położyć w świeżej pościeli, więc nie zwracali na to uwagi.
- Poproszę pokój dwuosobowy - powiedział Kakashi, opierając się o ścianę.
- Małżeński?
- Tak - odpowiedziała Sakura, nawet nie patrząc na partnera, który zbył jej decyzję milczeniem.
Po załatwieniu formalności oboje weszli schodami na pierwsze piętro. Sypialnia wbrew pozorom była całkiem przestronna. Znajdowało się w niej łóżko, dwie małe szafki, garderoba i osobne wejście do łazienki.
- Idź pierwsza. - Wskazał na drzwi.
- Jasne.
Sakura poszła pod prysznic, a Kakashi usiadł na brzegu dużego łoża i schował twarz w dłoniach. Dlaczego nie protestował? Dlaczego nie zawiadamiał Tsunade? Dlaczego nie reagował? Powinien… powinien tak wiele rzeczy, więc dlaczego wciąż bezczynnie siedział? Coś nie pozwalało mu podjąć decyzji, blokowało i czuł, że wcale nie miał na to wpływu.
Gdy dziewczyna wyszła, Hatake wciąż siedział w tej samej pozycji. Dopiero, gdy otarła się o jego ramię, stojąc obok w samej bieliźnie, uniósł głowę. W mroku nie widział jej całkowicie. Słaba łuna księżycowego światła pozwoliła mu widzieć ją tylko w części. Lecz gdy pochyliła się, drażniąc oddechem jego usta, nie musiał już patrzeć. Sakura jednak na tym poprzestała. Zgrabnie wyminęła go i położyła się.
Kakashi wstał i ruszył do łazienki. Długo stał pod zimnym prysznicem. Miał wrażenie, że coraz mniej nad sobą panował. Był świadomy tego, co robi, ale tak jakby… nie podejmował decyzji. Po prostu działał bez wstawiennictwa samego siebie. Sam nie wiedział, czego chciał. Czuł, jakby coś tracił, jakby dawał sobą sterować.
Jego ciało przeszły dreszcze. Zdecydował się wyjść spod strumienia wody. Założył dresy i trwał chwilę w odrętwieniu. Chciał walczyć, chciał protestować. Miał wolę walki, miał! Ogromną. Musiał zaatakować, ale… wydawało mu się, że zapomniał, jak się to robi. Chyba zapomniał nawet na czym polegała obrona.
Wszedł do sypialni. Leżała pogrążona w ciemności po lewej stronie łóżka. Podszedł i położył się obok. Przełożył ramię przez jej talię, kładąc się na boku. Sam nie wiedział, czy chciał to zrobić, lecz zrobił. Czuł, nie czuł. Nie wiedział. Jej skóra była gorąca, rozpalona. Jego oziębła i chłodna, wręcz wyziębiona po długim czasie spędzonym w lodowatej wodzie. Wszystko działo się bez jego udziału. Nawet to, gdy przyciągnął ją do siebie, kiedy dotknęła jego twarzy, kiedy znaczyła jego klatkę muśnięciami ust, kiedy zdjęła jego maskę.  
Czuł się, jakby nie żył, jakby ktoś inny przejął nad nim kontrolę i wcale tą osobą nie była ona, mimo, że pocałowała go, przylegając ciałem do jego torsu. Objął ją, a ona usiadła na jego brzuchu i znów nachyliła się ku niemu. Przyciągnął ją, wpijając się w jej usta, po omacku zdejmując bieliznę dziewczyny. Wodził dłońmi po jej ciele, nie polegając już na niczym. Zostawił za sobą prawdę, kłamstwo. Nie wiedział, co było czym. Nie był sobą, nie miał już siebie w posiadaniu. Po prostu trwał splątany razem z nią, która czuła się tak samo - obco i nieobecnie, a mimo tego nie przestawała.  
Przestał walczyć. Nie wiedział z kim, ale przestał, ona też.
Poddali się, oboje.


Ostatni raz dotknęła blizny na jego karku, po czym wstała, ubrała się i wyszła do sklepu. Kupiła kilka najpotrzebniejszych rzeczy, i pilnując, czy mężczyzna cały czas śpi, zrobiła śniadanie. Zjadła je szybko, zostawiając mu jego część. Podeszła do plecaka i wzięła stamtąd wszystkie fiolki, jakie ze sobą niosła. Pozostawiła wszystkie ze specyfikiem do zmiany wyglądu, biorąc w dłonie tylko jedną.
Działała na ślepo, ktoś wykonywał ruchy za nią. Ucałowała śpiącego mężczyznę w czoło i wyszła. Opuściła hotel w czarnym, dopasowanym uniformie z wysoko spiętymi włosami. Kluczyła między uliczkami, jakby wiedziała dokąd idzie, a nie miała pojęcia. Mijała budynki, mijała ludzi, ludzie mijali ją. Czuła ciężar małej fiolki w kieszeni. Nie dopuszczała do siebie myśli, że robi źle. Miała tylko jedną opcję i nie umiała jej teraz podważyć, choć coś nakazywało jej to zrobić.
Wiedziała, że Sasuke był w wiosce. Jego brat też. Obudziła się z tą wiedzą, jakby ktoś w nocy wsączył jej ją do głowy. Nie zastanawiała się, jakim cudem to się stało, bo odnosiła wrażenie, jakby ktoś zabrał jej tę umiejętność. Działała jak zaprogramowana maszyna na maksymalnie naładowanych bateriach.
Znalazła się w drugim końcu miasta. Weszła do niskiego, zaciemnionego i podłużnego hotelu. Nikt nie przywitał jej w recepcji, więc schowała się za ladą. Czekała na coś, na kogoś. Dowiedziała się na kogo w momencie, gdy ta osoba przekroczyła próg. Itachi Uchiha, okryta mroczną sławą legenda minęła stanowisko recepcjonisty bez wahania. Sakura wyjrzała zza rogu, do którego pokoju wchodzi. Doliczyła się piątych drzwi od prawej.
Wyszła z budynku. Usiadła we wnętrzu kawiarni, z której miała doskonały widok na wejście. Ame było neutralną wioską. Po wojnie przestało mieszać się w jakiekolwiek konflikty. Dzięki temu osoby jak Sasuke i Itachi nie byli tu ścigani, byli wręcz wolni. W końcu przypomniała sobie kobietę o ciemnych włosach, noszącą długą sinoszarą suknię. Pamiętała, że Fatma mówiła coś o starszym z Uchihów i jego dziewczynie. To było jak olśnienie i nastąpiło również od razu po przebudzeniu. Jak?
Po dwudziestu minutach wyszli oboje. Patrzyła na Sasuke, a w jej piersi rósł zachwyt. Choć może nienawiść? To jak? Jedno czy drugie? Chciała wpaść mu w ramiona i wbić sztylet prosto w serce. Chciała go pocałować i pozbawić życia. Kłóciła się z sobą, nie mogąc dojść do porozumienia. Jednak, gdy tylko bracia zniknęli za rogiem, bez zastanowienia wstała i ruszyła do motelu. Recepcja nadal świeciła pustkami, więc dostała się do jego pokoju bez żadnego problemu.
Stała w jego sypialni, z jego koszulą w rękach. Wdychała jej zapach, przypominając sobie wszystkie momenty, w których dał jej szczęście, a było ich kilka. Wciąż o tym myśląc, pokropiła przeźroczystą substancją jej kołnierz, gdyby uniknął kontaktu z innymi skażonymi rzeczami, dolała do kubka wody stojącego na biurku, do kanapek leżących obok. Ta koszula była jego ulubioną, na pewno założy ją niebawem. Jak nie dziś, to jutro, nawet jeśli nie tknie jedzenia i picia. I tak umrze.
Wyszła z pokoju, starannie zamknęła za sobą drzwi. Fiolkę schowała w kieszeni na lewej piersi, a sama usiadła na korytarzu pod ścianą i czekała. Pamiętała, jak go kiedyś bardzo kochała, jak bardzo potrafiłaby oddać mu wszystko. I tak szczerze, to chciała robić to nadal, ale mimo tego wciąż siedziała, oczekując jego powrotu.
Wrócił po godzinie. Wydawał się jej nie poznać, dopóki nie podszedł pod same drzwi pokoju, a ona nie wstała, zdejmując kaptur.
- Co tu robisz? - spytał cicho.
Nie wyczuła w jego głosie agresji.
- Stęskniłam się za tobą.
Nie kłamała. Naprawdę się za nim stęskniła. Każdego pieprzonego dnia za nim tęskniła. Ten miał być jednak wyjątkowy, miał być ostatnim.
- Jak mnie tu znalazłaś? - Oparł się ramieniem o ścianę, lustrując jej twarz. Nie spodziewał się pojawienia dziewczyny w Ame. Nie przewidział nawet takiej możliwości.
- Uznajmy, że szłam za głosem serca - rzuciła ironicznie, spoglądając na niego kpiąco. Miał ochotę zmarszczyć brwi, ale zaprzestał na chęciach. Pojawiła się niespodziewanie, do tego była jakaś inna. Coś mu tu nie pasowało.
- W takim razie nie wiem, czy dobrze, że cię tu przywiódł - powiedział i wszedł do pokoju. Rozejrzał się po wnętrzu, ale wszystko stało tak, jak je pozostawił.
- Na pewno nie wiesz?
Zaznaczyła palcem linię jego kręgosłupa. Przeszedł go lekki dreszcz, lecz nie pokazał tego po sobie. Zaskoczyła go nie tylko swoim pojawieniem się, ale i zachowaniem. Nigdy wcześniej taka nie była, taka... pewna.
- Mogę się tylko domyślać - mruknął, biorąc łyk wody. Poczuł jak ciecz rozprowadza po jego ciele przyjemne zimno. Odwrócił się w jej kierunku, a jej twarz rozświetlał szeroki uśmiech, który przypomniał mu, dlaczego tak naprawdę nadal przy niej trwał, i dlaczego miał zamiar robić to dalej.
- Spotkamy się wieczorem?
Odwrócił się, łapiąc dziewczynę w biodrach. Zobaczył w jej oczach błysk sukcesu. Zbliżył się do niej.
- Musimy odkładać to na potem? - Trącił ją nosem, zafascynowany zmianą jej zachowania. Już nie była taka uległa, nie plotła głupot, gdy nie trzeba. Była stanowcza, groźniejsza.
- Tak, Kakashi na mnie czeka - odparła beztrosko, na co Sasuke spiął się, mrużąc oczy.
- Co znaczy, że na ciebie czeka?
- Pewnie właśnie zjadł śniadanie, które mu zostawiłam, a teraz czeka, aż wrócę.
W pokoju zapanowała cisza. Miał plany, miał wobec niej, wielkie plany. Całe jego życie miało ulec zmianie, bo miał już dość ucieczki, tułaczki, braku miejsca, do którego mógłby wrócić. Wreszcie dorósł do pewnych decyzji, był w stanie je podjąć i chciał podejmować je z nią - tą, która jako jedyna przez te wszystkie lata trzymała jego stronę, nawet wtedy, gdy chciał ją zabić.
- Zostawisz go i wrócisz ze mną do Konohy.
Patrzył, jak przez jej twarz przebiegają najróżniejsze emocje. Lubił na to patrzeć, na to jej zagubienie.
- Zostawiam tę sprawę z Kaivą i wracam do Liścia. Będę ją kontynuował pod zwierzchnictwem Tsudane.
Trochę kręciło mu się w głowie, ale zrzucał to upał. Chciał usłyszeć jej odpowiedź, lecz dziewczyna milczała. Znał ją dobrze i oczekiwał, że rzuci mu się na szyję. Naprawdę tego oczekiwał.
Krzyknęła. Upadła na kolana i złapała się za głowę. Czuła, jakby ktoś wypalał jej tam skórę, jakby ciął ją żywym ogniem. Uchiha podtrzymał ją, ale też upadł. Zawroty głowy nasiliły się. Odciągnęła rękę, czując pod palcami krew. Lała się z jej lewej skroni. Sasuke bez zastanowienia chwycił kubek z wodą i wylał ją na jej ranę, aby ją oczyścić.
Krzyknęła znów, tym razem w reakcji na wodę. Przypomniała sobie, jak rzeczywiście oberwała kamieniem kilka dni temu i jak straciła pamięć. Jak Fatma i Silander ich uratowali, jak Kakashi zatrzymał ją przed skokiem w przepaść. Przestała nienawidzić Sasuke, znowu była sobą. Znowu była gotowa poświęcić dla niego wszystko. A potem zdała sobie sprawę z tego, co skrywała fiolka w jej kieszeni.
- Ktoś mi kazał, Sasuke. Kazał, ja nie chciałam - zaczęła się jąkać, ale on nie wiedział, o czym mówiła.
- Jaśniej.
- Nie chciałam, nie chciałam... - Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się, gdy on wciąż przyglądał jej się uważnie.
Poczuł mdłości, obraz przed oczami zaczął mu się zamazywać. Nic nie rozumiał. Przecież teraz już wszystko miało być dobrze. Miał wrócić.
- Ktoś mi kazał - wychrypiała już w pewni świadoma wszystkiego. Dotknęła blizny, która jeszcze przed chwilą była gorejącą raną. Dali się z Kakashim w coś wciągnąć, w coś nad czym nie panowali. To zapanowało nad nimi.
- Przyszedłem do Ame spotkać się z Itachim, aby omówić mój powrót z tobą do Konohy, ale żeby cię tam zabrać musiałem cię znaleźć. Wyręczyłaś mnie.
Trucizna trafiła już i do jej krwioobiegu. Jej też nie zostało już za wiele czasu, ale tylko ona to wiedziała. On pozostał nieświadomy. Powinien wiedzieć, zasłużył wiedzieć co ją przerosło, co doprowadziło do tej sytuacji.
- Kocham cię, Sasuke. - Objęła go ramionami, mocno tuląc. Zrozumiała, że umiera, że to koniec. Nie wiedziała skąd miała przy sobie fiolkę z trucizną, na co dzień się ją brzydziła, więc dlaczeg...
- Wiem.
Rozpłakała się na dobre, rozrywana przez własną porażkę. Właśnie zabijała najważniejszą dla niej osobę. Nie było już odwrotu, nic by nie pomogło. Nie miała antidotum,  w dodatku sama była już pod działaniem trucizny. Sasuke chciał tylko przemyć jej ranę, a nieświadomie wygłosił jej wyrok śmierci. Zasłużyła, los obrócił się przeciwko niej.
Świat wirował, było jej bardzo gorąco.
- Sakura, co się dzieje? - spytał, zamykając oczy. - Coś jest nie tak.
- Wiem.
Gasł. Chciał podnieść rękę, ale nie był w stanie. Przeraził się. Nie miał pojęcia, co się działo. Miał przy sobie kobietę, dla której w końcu odważył się powrócić do Liścia i nie rozumiał, dlaczego akurat wtedy, gdy wszystko zdawało się wrócić na właściwe tory, coś poszło nie tak.
- Naprawdę wróciłbyś ze mną do Konohy? - spytała słabo, kładąc się na podłodze, bo nie mogła już utrzymać siedzącej pozycji. On położył się sekundę później.
- Tak.
Usłyszał jej urywany szloch. Bał się. Cholernie się bał, nie wiedział co się z nim działo. Nie mógł nawet krzyknąć. Mógł tylko z nią rozmawiać, słuchać dziwnie wolnego bicia jej serca.
- Dl-dlaczego dopiero teraz?
- Wcześniej nie byłem na to gotowy.
Przymknął oczy. Walczył ze snem, który napierał na niego coraz bardziej.
- Co się dzieje, Sakura? - spytał, choć nawet mimo ogromnego lęku, nie pozwolił jej go zobaczyć.
- Umieramy, Sasuke.


Byłeś jej największym Wspomnieniem, tak wielkim, że oddała za ciebie życie. Ale nie bój się, zginiecie oboje. Wystarczy mi jeden Uchiha. Dwoje, to trochę za dużo, a wy odejdziecie razem. Czy to nie piękne?


Przestał czuć jej oddech, jeszcze przed chwilą drażniący jego skórę. Nie był w stanie się ruszyć. Nic nie rozumiał, nic nie widział, nic nie słyszał.
Zasnął.


***
Kakashi wstał obudzony przez wrzaski z ulicy. Zobaczył, że nie ma obok niego Sakury, jednak nie to przykuło jego uwagę pierwsze. Jego kark pulsował tępym bólem. Dotknął rażącego miejsca, pod palcami poczuł krew. Podszedł do lusterka w łazience, gdzie otaksował, już bliznę, zdegustowanym spojrzeniem. Znamię było zagojone, lecz głowa nadal go bolała. Przypomniał sobie na szczęście jak wpadł do rzeki, poślizgując się na kamieniu. Cieszył się, że w końcu mieli z Haruno jednolitą wersję wydarzeń, której i on był pewien. Od razu poprawiło mu to samopoczucie.
Ktoś zapukał do drzwi. Hatake podszedł do nich i uchylił lekko.
- To ja, Fatma.
Wpuścił dziewczynę do środka. Ta nie omieszkała rozpuścić wokół siebie aury wściekłości, która weszła wraz ze swoją właścicielką stojącą pod ścianą i łypiącą na Kakashiego spod byka.
- Cześć.
- Wiedziałam, że będą z wami kłopoty - syknęła, a jej bazyliszkowe spojrzenie utkwione w Kakashim, świdrowało go na wylot. - Imai mówiła, że mamy nikogo nie brać, a m...
- Przecież tylko nam pomogliście na miejscu - zaoponował.
Verlayan spojrzała na niego jak na idiotę.
- My to uratowaliśmy was tam przed własnym szaleństwem, i to dwukrotnie - fuknęła, choć Hatake pamiętał tylko jeden raz.
- Jak mnie tu znalazłaś? - spytał, zakładając koszulę, która leżała na krzesełku. Jej kołnierzyk był przekrzywiony, ale nie zwrócił na to uwagi. Nosił ją już wczoraj, pachniała nim, więc mogła być lekko pognieciona.
- Twoja Różowa Panienka narobiła niezłego szajsu, całą wioskę postawiła na nogi.
- Nie rozumiem. - Zatrzymał się w połowie ruchu.
- Imai też jej w sumie pomogła - dodała dziewczyna pod nosem. - I tak mam cię tu tylko zatrzymać, a nie wszystko wyjaśniać.
- Ale wyjaśnisz - odpowiedział od razu, rezygnując z miłego tonu.
- Zabiła Uchihę, zrobiła to.
Kakashi oparł się o stolik. Wziął kilka głębokich oddechów, nie mogąc pojąć, że Sakura naprawdę choćby o tym pomyślała, a tym bardziej dokonała. Nie wierzył.
- A Sheeiren rozpętała burzę - dosłownie i w przenośni. - Słyszał jej słowa jak przez mgłę, jakąś ścianę, która odgradzała go od rzeczywistości. - Okazało się, że ma kakkei genkai jakiejś tutejszej zaginionej panienki, siostry Siona, co oznacza, że tamta nie żyje. Dziwne miała imię. - Fatma zamyśliła się na chwilę, wciąż nie odstępując drzwi. - Kashi, Ksashi, nie, coś dłuższego. - Podrapała się po karku, a Hatake uniósł na nią półprzytomny wzrok. - Kalesi, K...
- Khaleshi.
- Tak, właśnie! - Klasnęła w dłonie, a jemu odpłynęła krew z twarzy.
- Co z nią? - spytał gardłowym głosem, ledwo patrząc na kobietę w sinej sukni.
- No przecież mówię, że nie żyje.
- No, nie ukrywając, to mamy przesrane.
- Nie rozumiesz.
Wstał i zaczął chodzić po pokoju. Swędział go kark, kołnierz koszulki uwierał, ale nie myślał przebywać w towarzystwie obcej kobiety z odsłoniętym torsem. Zresztą nie to zajmowało mu teraz umysł.
- Jakieś dowody?
- Umiejętności Sheeiren - odparła szybko dziewczyna.
- Czyli?
- Kontroluje deszcz i burzę.
Hatake zacisnął pięści, ignorując nagłe poczucie duszności. Pamiętał, co Khaleshi wyczyniała z wodą, jak pięknie bawiła się deszczem, jak bardzo dzięki niej pokochał burzę. Od jej poznania uwielbiał wszystkie wariacje pogody prócz skrajnego upału i mrozu. To ona zaszczepiła w nim tę miłość do żywiołu, ale i do siebie.
- Jak to się stało?
- Imai podejrzewa, że po prostu ją porwano, a potem skierowano na eksperymenty.
- Kto?
- Orochimaru.
Biurko pękło w pół, gdy nie do końca panując nad chakrą uderzył w biurko. Czuł, że niespodziewanie opada z sił, ale zignorował to. Skupienie na nienawiści względem sannina wystarczająco zajęło mu umysł.
- Skąd pomysł, że Sakura jest winna śmierci Sasuke? - spytał, choć dobrze znał fakty.
- Jej włos na jego koszuli oraz wypalony znak wiśni na podłodze.
- Myślisz, że zamordowałaby go, a potem wypaliła znak na podłodze? - warknął, gdyż nadal nie pojął, że Khaleshi rzeczywiście od lat była martwa oraz, że Sakura naprawdę dopuściła się zabójstwa.
- Itachi rozpoznał jej chakrę w jego organizmie.
- Uchiha tu jest?
- Nie bój się, zdążycie porozmawiać. Zaraz tu przyjdzie.
- Nie chcieliście go czasem zabić?
- Zmiana planów - odparła pokornie, choć w jej oczach tańczyły ogniki ekscytacji.
Trwali tak w ciszy. Kakashi nie czuł potrzeby uciekać, nie czuł potrzeby na nic, dosłownie na nic. Sakura zniknęła, Khaleshi nie żyła, wszyscy od niego odeszli. To czy tego chcieli czy nie, nie miało znaczenia. Ważny był efekt, a ten był jednoznaczny.
Musiał chronić Haruno, za wszelką cenę musiał ją chronić. Tylko ona mu została. Przecież tylko zniknęła.
Itachi wszedł do pokoju bez pukania. Jeśli aura Fatmy była silna, to aura Uchihy była niezwyciężona. Powietrze zgęstniało, a Kakashi miał coraz większe problemy z oddychaniem. Gdyby nie opierał się o biurko, upadłby.
Były członek Akatsuki przystanął i spojrzał na niego beznamiętnym wzrokiem. Hatake również mu się przyglądał, mając mieszane uczucia. Nie miał pojęcia, co zaraz usłyszy i nie kwapił się do tego. To jednak nie był koniec wizyt. Za nim do pokoju wślizgnął się Silander oraz wysoka, ciemnowłosa dziewczyna, której jounin nie znał.
- Mamy mało czasu - rzuciła do Itachiego. Mężczyzna skinął na to głową.
- Zawsze odrzucałem zemstę, wiesz o tym, Kakashi. - Głos Uchihy odbił się od ścian pokoju, wsiąkając w nie i wyżerając dziury niczym kwas. Sam Hatake słyszał tylko echo jego słów, miał wrażenie, jakby majaczył. - Ale nie odpuszczę światu brata, którego przez lata chroniłem, żeby potem zabiła go kobieta, którą chciał poślubić, w dodatku trucizną.
Hatake uniósł wzrok, spotykając się z czarnymi, znajomymi tęczówkami. Pocił się, złapał jakąś dziwną zadyszkę. Ledwo stał na nogach, starając się skupić spojrzenie na twarzy Uchihy.
- Poślubić? Chciał ją poślubić? - spytał, śmiejąc się cicho. Wzrok mu szwankował, szalał. Kompletnie nie słuchał, przez co Kakashi nie do końca wiedział, w której części pokoju się znajdował.
- Śmieszy cię to?
- Po tych latach traktowania jej szmaty? Bardzo.
Odrzucił głowę do tyłu, nie mogąc złapać oddechu. Czuł, jakby zgniatano mu płuca.
- Najwyraźniej zasłużyła.
- Sakura? Tak, zasłużyła na każdego, byle nie na Sasuke. Wy, Uchiha chyba po prostu nie potraficie tego docenić. - Wziął krótki oddech, który rozdarł mu przełyk. A więc i Sakura go zostawiła. - Nie był jej wart.
Itachi znalazł się przy nim w ciągu sekundy. Czuł, jak chakra Hatake z sekundy na sekundę gaśnie. Słowa mężczyzny zapadły głęboko w jego pamięć i dały do myślenia, lecz i tak wszystko przyćmiewała chęć mordu, chęć odwetu. Ale Uchiha Itachi nie upadł tak nisko, aby się mścić. Był lepszy, bo pozwalał na to innym.
Machnął ręką, nie odrywając spojrzenia od gasnącego Kakashiego. Było mu go żal. Tak jak Sasuke był kimś, kto nie zasługiwał na taki koniec. Nie po to oboje wywinęli się śmierci tysiące razy, aby zginąć od trucizny. Był pewien, że właśnie to było przyczyną stanu Hatake. Haruno wykończyła ich oboje.
Silander podszedł. Kakashi dyszał ciężko, przestając rejestrować rzeczywistość. Bolała go klatka piersiowa, oczy piekły, oddech nikł. Silander, widząc to, podszedł, obracając kunai w dłoni.


Też mi się podobałeś, miałeś w sobie to coś, co cenię. Ale zgubiłeś mój trop ze względu na kobietę. Tego się nie robi, pamiętaj. Wypadasz z gry. Reszta Ekipy Chaosu stoi obok i patrzy na ciebie, ogląda twoją śmierć. Nie zasłużyłeś na taki koniec, ale chociaż masz widownię. Spokojnie, twoja matka też patrzy. Jest dumna.


Hatake spojrzał ostatkiem sił na mężczyznę przed sobą, ale nie zdążył nawet jęknąć. Silander uniósł broń.
- Twój ojciec zabrał nam naszego, więc my zabierzemy mu syna.
W głowie szarowłosego jounina zapanował mętlik. Przecież jego ojciec był bohaterem, przecież odwołał atak i ich urat...
Ciało Kakashiego przebite kunaiem upadło na ziemię. W pokoju zapanowała niezręczna cisza, którą w końcu niechętnie przerwała Fatma.
- Przynajmniej ukróciłeś jego męki.
- Nienawidzę plugawstwa - splunął mężczyzna, obrzucając trupa zdegustowanym spojrzeniem.
- Czuję, że źle zrobiliśmy - odezwała się wyższa z kobiet, bawiąc się długim kucykiem.
- Bo?
- Nie wiem, ale mam takie wrażenie.
Spojrzała na kark nieżyjącego mężczyzny, gdzie ujrzała ryt, którego nigdy wcześniej jeszcze nie widziała.
- Mamy się opierać na twoich domysłach?
- Choci...
Ciało jounina z Konohy zniknęło. Dało się wyczuć zapach palonego drewna, taki lekki swąd. Ta sama, która miała wątpliwości, podeszła w to miejsce. Ukucnęła i zamachała dłonią, odpędzając szary dym.


Wypalony znak miał kształt kła.

***

Okej, zakończyłam niespodziewanie. Wiele rzeczy jest niewyjaśnionych.
- Skąd w Ame wziął się Sasuke akurat wtedy, kiedy Sakura?
- Jaka wersja wydarzeń była w efekcie prawdziwa?
- Kim są Fatma i Silander, i co w końcu zrobił ojciec Kakashiego?
- Dlaczego wplątany jest w to Hatake?
- Kto w końcu postradał zmysły? Kakashi czy Sakura?
Wiem, jest tego więcej, ale wszystko zostało przemyślane i ma swoje powody. Doszłam do wniosku, że czas ukrócić Egzorcystę z bardzo prostego powodu. Ta historia - jeśli bym ją przedłużyła - straciłaby swój urok, a Kaiva oraz jej krwawe żniwa zostaną przedstawione w Kesshite - jak i cała reszta odpowiedzi na inne pytania. Jak już wspominałam te blogi są połączone, co ujęłam dość zgrabnie - aby dało się to zrozumieć, więc to na Kessh prawda ujrzy światło dzienne.
Lubię to opowiadanie. Było takim... eksperymentem dla zebrania doświadczenia. Trochę się nauczyłam, trochę dostałam po dupie, standardowo, żeby nie było za miło.
Rzuciłam się na jeszcze głębszą wodę. Ruszyłam z całkowicie swoim opowiadaniem, którego tytuł brzmi: sovri mne - z rosyjskiego: okłam mnie. To coś zupełnie nowego, z akcją osadzoną w Warszawie. Szukam swojego gatunku. Nie wiem, czy jestem na dobrego drodze, ale cóż. To wyjdzie z czasem.
Dziękuję wszystkim za komentarze i wejścia, których wcale nie było jakoś dramatycznie mało. Z Naruto wiąże mnie już tylko Kesshite, co napawa mnie specyficznym smutkiem. Od zawsze pracowałam na świecie Kishimoto, a teraz? Skok na głęboką wodę, bez dwóch zdań.
Dobrze, że umiem pływać.
Żegnam się z wami już ostatni raz. Kaiva jednak nadal działa. Sęk w tym, aby jej w tym przeszkodzić.
Bywajcie!

PS Tak, Sasuke naprawdę nie żyje.